Anonimowy, Nika, kolejny anonimowy i Natasza - bardzo dziękuję za wasze komentarze. Cieszę się, że tak miło przyjęliście nową historię. A oto jej pierwszy rozdział:
W przyszłości i przeszłości 1: Chłopiec, który przeżył.
Na ekranie widniał napis:
Chłopiec, Który Przeżył.
- Harry to o tobie! - zawołał Fred.
Państwo Dursleyowie
- A może jednak nie - mruknął jego rudowłosy bliźniak, George.
spod numeru czwartego przy Privet Drive mogli z dumą twierdzić, że są całkowicie normalni,
- A może jednak nie - mruknął jego rudowłosy bliźniak, George.
spod numeru czwartego przy Privet Drive mogli z dumą twierdzić, że są całkowicie normalni,
- Oni normalni? - warkneła Ginny, a Hermiona westchnęła.
- To, że oni uważają się za normalnych to nie znaczy, że tak jest.
chwała Bogu. Byli ostatnimi ludźmi, których można by posądzić o udział w czymś dziwnym lub tajemniczym, bo po prostu nie wierzyli w takie bzdury.
– Bzdury? A co to ma znaczyć? - pani Weasley uniosła brew.
- Im chodzi o magię, mamo - westchnęła Ginny.
- Ale bzdury...
– Spokojnie. Jestem pewien, że zmienili zdanie, kiedy dostali Harry'ego pod opiekę. Każdy lubi trochę magii – powiedział trochę naiwnie jej mąż, uśmiechając się dobrodusznie, nie zauważając pochmurnego spojrzenia Harry'ego. Z drugiej strony inni zauważyli to i zanotowali sobie w pamięci.
Pan Dursley był dyrektorem firmy Grunnings produkującej świdry.
- Co to świdry? - zapytał jakiś drugoroczny Gryfon.
Hermiona otworzyła usta by wyjaśnić, kiedy profesor Burbage wstała.
– Zapiszę wszystkie mugolskie odniesienia i po zakończeniu zrobimy lekcję z Mugolskiego Życia.
Był to rosły, otyły mężczyzna pozbawiony szyi, za to wyposażony w wielkie wąsy.
– Mors – prychnął nieprzyjemnie Ron, a bliźniacy mu przytaknęli i udawali, że nie widzą spojrzenia matki.
Natomiast pani Dursley była drobną blondynką i miała szyję dwukrotnie dłuższą od normalnej,
– Żyrafa – tym razem odezwał się Neville, ku zdziwieniu wszystkich.
Snape akurat pił ze swojego kielicha, kiedy to usłyszał.
„To trafny opis Petunii" pomyślał, a po chwili skrzywił się. Naprawdę nie chciał słyszeć jak słynny Harry Potter jest rozpieszczany przez swoich krewnych. Patrząc na swoich podopiecznych odniósł wrażenie, że oni też tak uważają.
co bardzo jej pomagało w życiu, ponieważ większość dnia spędzała na podglądaniu sąsiadów.
- Wspaniałe zajęcie. Tylko pogratulować - sarknęła Narcyza Malfoy.
Syn Dursleyów miał na imię Dudley, a rodzice uważali go za najwspanialszego chłopca na świecie.
-Najwspanialszy?!? Chyba NAJGORSZY!!! - zawołali bliźniacy, a obecni w Wielkiej Sali patrzyli na nich zdziwieni.
-Najwspanialszy?!? Chyba NAJGORSZY!!! - zawołali bliźniacy, a obecni w Wielkiej Sali patrzyli na nich zdziwieni.
- Tu się z wami zgodzę - rzekła McGonagall wprawiając obecnych w jeszcze większe zdziwienie - Ten Dudley to typowy, rozpieszczony bachor.
Dursleyowie mieli wszystko, czego dusza zapragnie,
- A magia? - zapytał Denis Creevey.
ale mieli też swoją tajemnicę i nic nie budziło w nich większego przerażenia, jak myśl, że może zostać odkryta.
- Robi się ciekawie... - Ślizgoni wsłuchali się czekając na jakiś rodzinny skandal, chociażby trup w szafie.
Tymczasem przy stole Gryffindoru:
– Są kosmicznymi zwierzętami, przebranymi za ludzi, niemającymi krzty honoru – odpowiedziała Ginny i wyszczerzyła zęby do bliźniaków.
Uważali, że znaleźliby się w sytuacji nie do zniesienia, gdyby ktoś do wiedział się o istnieniu Potterów.
- Co jacyś mugole mają do twojej rodziny, Potter? - zapytał Crabbe.
Pani Potter była siostrą pani Dursley,
- Dobra już wiem - mruknął pod nosem Crabbe.
ale nie widziały się od wielu lat. Prawdę mówiąc, pani Dursley udawała, że w ogóle nie ma siostry,
- A to niby dlaczego? - zapytał zdziwiony Malfoy. Może uważał, że czystokrwiści są najlepszy ale rodzice wpajali mu, że rodzina powinna trzymać się razem.
Harry nie odezwał się tylko prychnął lekceważąco.
ponieważ pani Potter i jej żałosny mąż byli ludźmi całkowicie innego rodzaju.
Minister i jego pracownica, przez uczniów zwana różową ropuchą, w tym momencie zgadzali się z mugolami, czego jednak nie wyrazili głośno.
Dursleyowie wzdrygali się na samą myśl, co by powiedzieli sąsiedzi, gdyby Potterowie pojawili się na ich ulicy.
– Witam. Piękny dzień. Jak się państwo mają? – rozległo się z głębi sali, co wywołało śmiech na sali.
Oczywiście wiedzieli, że Potterowie też mają synka, ale nigdy nie widzieli go na oczy i z całą pewnością nie chcieli go nigdy oglądać.
- Ależ postanowienie - mruknął Ron - Pogratulować.
Ten chłopiec był jeszcze jednym powodem, by Dursleyowie trzymali się jak najdalej od Potterów; nie życzyli sobie, by Dudley przebywał w towarzystwie takiego dziecka.
– Czyli jakiego? – Syknęła Padma.
– Czarodzieja – odpowiedział jej spokojnie Harry, co spowodowało ciche rozmowy obecnych.
Kiedy Dursleyowie obudzili się rano w pewien nudny, szary wtorek, od którego zaczyna się nasza opowieść,
- Nasza opowieść?!? Przecież to życie Harry'ego, a nie jakaś opowieść - zawołał oburzony George.
w za chmurzonym niebie nie było niczego, co by zapowiadało owe dziwne i tajemnicze rzeczy, które miały się wkrótce wydarzyć w całym kraju. Pan Dursley nucił coś pod nosem, zawiązując swój najnudniejszy krawat,
- A ma w ogóle jakieś inne? - zapylał Fred, czym wywołał salwę śmiechu.
a pani Dursley wyrwała się na chwilę z domu na plotki, gdy tylko udało się jej wepchnąć wrzeszczącego Dudleya do dziecinnego krzesła na wysokich nogach.
- Milutki. - Powiedziała Parvati do swojej przyjaciółki.
O wpół do dziewiątej pan Dursley chwycił neseser, musnął wargami policzek pani Dursley i spróbował pocałować na pożegnanie Dudleya, ale mu się to nie udało, bo Dudley miał akurat napad szału i opryskiwał ściany owsianką.
- Nieznośny bachor -
Dało się słyszeć głos, nie należący do nikogo na sali. Uczniowie zrozumieli, że to głos pana Dursley.
zarechotał pan Dursley, wychodząc z domu. - kontynuował męski głos
Dało się słyszeć głos, nie należący do nikogo na sali. Uczniowie zrozumieli, że to głos pana Dursley.
zarechotał pan Dursley, wychodząc z domu. - kontynuował męski głos
– On to popiera? – Rozległy się kobiece głosy.
Wsiadł do samochodu i wyjechał tyłem sprzed numeru czwartego na Privet Drive.
Na rogu ulicy dostrzegł pierwszą oznakę pewnej nie normalności – kota studiującego jakąś mapę.
-Przecież koty nie studiują map! Prawda? - zapytał pierwszoroczny Puchon, a Oficjalna Złota Trójca wraz z Neville'm spojrzała z rozbawieniem na opiekunkę swojego domu.
- Minnie – zaśmiał się Remus.
- Minnie – zaśmiał się Remus.
- Minnie? – zapytali rozbawieni Gryfoni.
- Nazywaliśmy tak profesor McGonagall, gdy chodziliśmy do Hogwartu.
- Dziękuję Remusie. Teraz tego głupiego przezwiska nigdy się nie pozbędę –
powiedziała kwaśno McGonagall, zauważając spojrzenie Bliźniaków
Gryffindoru.
Dopiero po chwili do pana Dursleya dotarło to, co zobaczył, więc obrócił gwałtownie głowę, by spojrzeć jeszcze raz. Na rogu Privet Drive rzeczywiście stał bury kot, ale nie studiował żadnej mapy. Co mógł sobie pomyśleć pan Dursley? To, co pomyślałby każdy rozsądny człowiek
- On rozsądny?!? To chyba kpiny! - wrzasnął George.
– że musiało to być jakieś złudzenie optyczne.
- Co to złudzenie optyczne? - zapytał jeden z Puchonów, a profesor Mugoloznactwa zapisała ten termin.
Zamrugał parę razy i utkwił spojrzenie w kocie, a kot utkwił spojrzenie w nim. Pan Dursley skręcił na rogu ulicy i wjechał na szosę, obserwując kota w lusterku. Kot odczytywał teraz napis PRIVET DRIVE – nie, tylko wpatrywał się w tabliczkę z tym napisem, bo przecież koty nie potrafią czytać, a tym bardziej studiować map.
- Czy on sugeruje, że McGonagall jest analfabetką?
Wszyscy w sali wybuchnęli śmiechem, a opiekunka Domu Lwa gromiła wzrokiem wszystkich po kolei aż sama zaczęła się śmiać.
Pan Dursley otrząsnął się lekko i wyrzucił kota z myśli. Kiedy zbliżał się do miasta, po głowie chodziło mu już tylko wielkie zamówienie na świdry, które miał dzisiaj otrzymać.
– Jednotorowiec. – wymamrotał Charlie do bliźniaków. – Przypomina mi kogoś.
A bliźniacy popatrzyli na byłego perfekta naczelnego.
A bliźniacy popatrzyli na byłego perfekta naczelnego.
Na skraju miasta został jednak zmuszony do zapomnienia o świdrach.
- Jakie to straszne - mruknął Ron.
Kiedy utkwił w normalnym porannym korku ulicznym, nie mógł nie zauważyć, że naokoło jest mnóstwo dziwacznie ubranych ludzi. Ludzi w pelerynach. Pan Dursley nie znosił ludzi ubierających się śmiesznie, na przykład młodych ludzi w tych wszystkich cudacznych strojach. Doszedł do wniosku, że to jakaś nowa, głupia moda.
- Wcale nie jest głupia!
- Nowa też nie!
- Ty jesteś głupi!
- Nasze stroje nie są cudaczne!
Zabębnił palcami w kierownicę i wówczas jego spojrzenie padło na stojącą w pobliżu grupkę tych dziwaków. Szeptali między sobą, wyraźnie podnieceni. Pan Dursley stwierdził z oburzeniem, że niektórzy wcale nie są młodzi; o, ten mężczyzna na pewno jest starszy od niego, a ma na sobie szmaragdowozieloną pelerynę!
– Przez nich mogliśmy zostać odkryci. – wyraził głośno swą opinię Szalonooki i spojrzał wściekle po osobach na sali.
– Alastorze to nie ci ludzie się tak zachowywali – powiedział Dumbledore.
Trzeba mieć naprawdę czelność! Po chwili przyszło mu jednak na myśl, że to jakiś wygłup - ci ludzie po prostu przeprowadzają zbiórkę na jakiś równie bzdurny cel...
- I ty twierdzisz, że jesteś normalny, a nie potrafisz nikomu pomóc! Uważasz to za bzdury - oburzyła się Madame Pomfrey.
tak, na pewno o to chodzi. Sznur samochodów ruszył i kilka minut później pan Dursley wjechał na parking firmy Grunnings, a w jego myślach z powrotem zagościły świdry.
W swoim gabinecie na dziewiątym piętrze pan Dursley zawsze siedział plecami do okna. Tego dnia okazało się to okolicznością sprzyjającą, bo gdyby siedział przodem, trudno by mu było skupić się na świdrach. Nie widział sów przelatujących jawnie w biały dzień, choć widzieli je ludzie na ulicy; pokazywali je sobie palcami i gapili się na nie z otwartymi ustami.
– Dlaczego? – Zapytał Puchon z pierwszego roku.
– Mugole naprawdę bardzo rzadko widują sowy, chyba, że na zdjęciach w atlasie – odpowiedziała mu półkrwi koleżanka.
Większość z nich jeszcze nigdy nie widziała sowy, nawet w nocy. Natomiast pan Dursley przeżył normalne, całkowicie wolne od sów przedpołudnie. Nawrzeszczał po kolei na pięciu pracowników. Odbył kilka ważnych rozmów telefonicznych, a potem znowu na kogoś nawrzeszczał.
– Uroczy mężczyzna – wycedził, zabierając głos Lucjusz Malfoy.
– I kto to mówi – mruknął Ron do Hermiony. Ta uśmiechnęła się do niego i skinęła głową.
Był w wyśmienitym nastroju aż do pory lunchu, kiedy pomyślał, że dobrze by było wyprostować nogi, przejść się na drugą stronę ulicy i kupić sobie w piekarni bułkę z rodzynkami.
- Nie dość, że mors to jeszcze po jedzenie idzie mówiąc, że nogi musi wyprostować. - skwitował Dean.
Dawno już zapomniał o ludziach w pelerynach, kiedy nagle natknął się na nich tuż obok piekarni. Zmierzył ich gniewnym spojrzeniem. Nie bardzo wiedział dlaczego, ale budzili w nim niepokój.
- Oby, głupi mugolu - dobiegło z stołu Slytherinu i jednocześnie spotkali się z nieprzyjemnymi spojrzeniami uczniów z innego domu, ale wśród nich nie było Harry'ego.
W tej grupce również szeptano o czymś z ożywieniem, ale nie zauważył, by ktoś miał w ręku puszkę do zbierania datków. Dopiero kiedy wyszedł ze sklepu, niosąc torbę z wielkim kawałem ciasta z orzechami, usłyszał strzępy rozmowy.
– ...Potterowie, zgadza się, ja też o tym słyszałem...
– ...tak, to ich syn, Harry...
Ludzie w Wielkiej Sali popatrzyli wzrokiem pełnym współczucia na Harry'ego, kiedy zorientowali się co to jest za dzień. Ten jednak zignorował je. Przyjaciele rzucili mu krótkie, znaczące spojrzenie, a Remus uścisnął go. Syriusz pod postacią psa, polizał go po policzku na co zielonooki uśmiechnął się niemrawo.
Pan Dursley zatrzymał się, jakby mu nogi wrosły w chodnik. Poczuł falę lęku.
- Dobrze ci tak! - zawołali bliźniacy.
Spojrzał przez ramię na dziwnie ubranych osobników, jakby chciał ich o coś zagadnąć, ale się rozmyślił.
Przeszedł pospiesznie przez ulicę, wjechał windą na dziewiąte piętro, warknął na swoją sekretarkę, żeby mu nikt nie przeszkadzał, złapał za słuchawkę telefonu i już prawie wykręcił numer do domu, kiedy znowu się rozmyślił. Odłożył słuchawkę i zaczął gorączkowo myśleć, szarpiąc wąsy.
- Może od razu je sobie wyrwij, co? - mruknął George.
Nie, nie dajmy się zwariować...
W końcu nie ma w tym nic niezwykłego! Mnóstwo ludzi może się nazywać Potter i mieć syna Harry'ego.
Wszyscy zaczęli się śmiać, to raczej nie było możliwe. Szczególnie w ich społeczeństwie.
A kiedy zaczął się nad tym zastanawiać, doszedł do wniosku, że nie jest nawet pewny, czy syn jego szwagierki ma na imię Harry. Nigdy go nie widział. Bardzo możliwe, że nazywa się Harvey. Albo Harold.
– Nie wiedział jak masz od na imię? – zapytała zabójczym głosem Molly, a
Ron parsknął śmiechem. Przyjaciele popatrzyli na niego zdziwieni.
-Harvey James Potter?!
-Harvey James Potter?!
Nie ma powodu, by niepokoić panią Dursley; każde wspomnienie o siostrze zawsze ją przygnębiało. Nie miał jej tego za złe – ostatecznie, gdyby on miał taką siostrę...
Rozległo się warczenie. To w Lupinie odezwał się wilk, a Łapa się z nim zgodził, również warcząc.
...Ale mimo wszystko, ci ludzie w pelerynach...
Tego popołudnia było mu trochę trudniej skupić się na świdrach, a kiedy o piątej opuszczał firmę, był w takim stanie, że wpadł na kogoś tuż za drzwiami.
– Przykro mi – mruknął, gdy drobny staruszek, na którego wpadł, zatoczył się i prawie upadł.
- To on zna takie słowo? - spytał zdziwiony Ron, a pozostała trójka tylko westchnęła.
- To on zna takie słowo? - spytał zdziwiony Ron, a pozostała trójka tylko westchnęła.
Dopiero po kilku sekundach uświadomił sobie, że staruszek ma na sobie fioletową pelerynę. I wcale nie sprawiał wrażenia rozgniewanego tym, że ktoś o mało, co nie powalił go na ziemię. Przeciwnie, na jego twarzy zakwitł szeroki uśmiech i za skrzeczał tak, że przechodnie zaczęli się oglądać:
– Niech szanownemu panu nie będzie przykro, bo dzisiaj nic nie może zepsuć mi humoru! Ciesz się pan ze mną, bo już nie ma Sam –Wiesz –Kogo! Wszyscy powinni się cieszyć, nawet mugole tacy jak pan! Bo to szczęśliwy, ach, jak szczęśliwy dzień!
- Co to ma znaczyć?!? - krzyknął Moody - On nas wyda!!
- Alastorze spokojnie. - dyrektor uspokajał byłego aurora - Każdy cieszył się z zniknięcia Voldemorta. - a większość obecnych drygnęła.
- Co to ma znaczyć?!? - krzyknął Moody - On nas wyda!!
- Alastorze spokojnie. - dyrektor uspokajał byłego aurora - Każdy cieszył się z zniknięcia Voldemorta. - a większość obecnych drygnęła.
Po czym uściskał pana Dursleya serdecznie i odszedł.
Pana Dursleya całkowicie zamurowało. Został uściskany przez zupełnie nieznajomego człowieka! I nazwano go mugolem, cokolwiek miało to znaczyć.
- To znaczy, że nie jesteś godny wiedzieć o magii, śmieciu. - mruknął pan Malfoy.
Był wstrząśnięty. Po biegł do samochodu i ruszył w drogę do domu, mając nadzieję, że coś mu się przywidziało, a zdarzyło mu się to po raz pierwszy w życiu, bo nie pochwalał wybujałej wyobraźni.
Wstrząśnięci bliźniacy Weasley kręcili głowami w zdziwieniu.
Wyobrażani? Ten mugol jest naprawdę dziwny.
Wyobrażani? Ten mugol jest naprawdę dziwny.
Kiedy wjechał na podjazd przed numerem czwartym, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył – i wcale mu to nie poprawiło nastroju – był bury kot, którego spostrzegł dzisiaj rano. Teraz kot siedział na murku otaczającym ich ogród. Był pewny, że to ten sam kot, bo miał takie same ciemniej obwódki wokół oczu.
– Siooo – krzyknął pan Dursley.
Kot nawet nie drgnął, tylko zmierzył go chłodnym spojrzeniem.
Uczniowie z Gryffindoru uśmiechali się w jednoznaczny sposób. Tylko jedna osoba mogła w ten sposób patrzeć.
Czy tak się zachowują normalne koty? Pan Dursley wzdrygnął się i wszedł do domu. Nadal nie zamierzał wspominać o tym wszystkim żonie.
Pani Dursley spędziła normalny, całkiem miły dzień. Podczas obiadu opowiedziała mu o problemach, jakie ma sąsiadka ze swoją córką, i o tym, że Dudley nauczył się nowego słowa („nie chcę!"). Pan Dursley starał się zachowywać normalnie. Kiedy w końcu udało im się zapakować Dudleya do łóżeczka, wszedł do saloniku i zdążył na koniec dziennika wieczornego.
– I ostatnia wiadomość. Obserwatorzy ptaków donoszą o bardzo dziwnym zachowaniu krajowych sów. Choć normalnie sowy polują w nocy i nie widzi się ich w ciągu dnia, z setek doniesień wynika, że dzisiaj sowy latały we wszystkich kierunkach od samego rana. Specjaliści nie są w stanie wyjaśnić, dlaczego sowy tak nagle zmieniły swoje zwyczaje. – Tu spiker pozwolił sobie na uśmiech. –To bardzo tajemnicza sprawa. A teraz posłuchajmy, co Jim McGuffin ma do powiedzenia o pogodzie. Jim, czy tej nocy zanosi się na jakiś deszcz sów?
Każdy prychnął pokazując co myśli o tak żałosnym żarcie.
Każdy prychnął pokazując co myśli o tak żałosnym żarcie.
– No cóż, Ted – odpowiedział facet od pogody – nie bardzo się na tym znam, ale wiem, że nie tylko sowy zachowywały się dziś bardzo dziwnie. Dzwonili do mnie telewidzowie z Kentu, Yorkshire i Dundee, mówiąc, że zamiast obiecanego przez mnie deszczu mieli prawdziwą ulewę meteorytów! Może niektórzy wcześniej zaczęli obchodzić Noc Sztucznych Ogni? Ludzie, to dopiero w przyszłym tygodniu! Ale mogę wam obiecać, że w nocy będzie padało.
Pan Dursley poczuł się bardzo niepewnie. Meteoryty nad całą Anglią? Sowy latające w biały dzień? Tajemniczy osobnicy w pelerynach? I to szeptanie... szeptanie o Potterach...
Do saloniku weszła pani Dursley, niosąc dwie filiżanki herbaty. Nie, tak nie można. Powinien z nią porozmawiać. Odchrząknął nerwowo.
– Eee... Petunio, kochanie... nie miałaś ostatnio wiadomości od swojej siostry?
Jak się spodziewał, pani Dursley spojrzała na niego wzrokiem zdumionego bazyliszka.
- Widział ktoś zdumionego bazyliszka? - odezwał się rozbawiony Fred.
- Widział ktoś zdumionego bazyliszka? - odezwał się rozbawiony Fred.
- Ja - mruknął Harry, a każdy spojrzał na niego zszokowany.
Zwykle udawali, że nie ma siostry.
Zwykle udawali, że nie ma siostry.
- No pewnie, po co spróbować porozmawiać skoro można udawać, że nie ma nikogo takiego - syknął Neville.
– Nie – odpowiedziała ostrym tonem. – Dlaczego pytasz?
– Dziwne rzeczy były w dzienniku – wymamrotał pan Dursley. – Sowy... spadające gwiazdy... a w mieście widziałem mnóstwo cudacznie poubieranych ludzi...
– No i co? – Warknęła pani Dursley.
– Cóż, tak sobie pomyślałem... może... może to ma coś wspólnego z... no wiesz... jej towarzystwem.
– Co twój wuj miał na myśli, panie Potter? - zapytała srogo McGonagall.
– Sądzę, że miała na myśli czarodziejów, pani profesor – odpowiedział cicho Harry wpatrzony w jakiś pyłek kurzu na ścianie.
Pani Dursley wessała łyk herbaty przez zaciśnięte wargi. Pan Dursley zastanawiał się, czy powiedzieć jej, że słyszał nazwisko „Potter". Uznał, że byłoby to zbyt śmiałe posunięcie. Zamiast tego powiedział, siląc się na obojętność:
– Ich syn... musi być teraz w wieku Dudleya, prawda?
– Tak przypuszczam – odpowiedziała sucho pani Dursley.
– Zaraz, jak on ma na imię? Howard, tak?
– Harry. Obrzydliwe, pospolite imię.
Zielonooki uśmiechnął się, ale Hermiona to zmieniła:
– Harry, twoje imię stało się popularne, dopiero po tym jak pokonałeś Lorda Voldemorta.
Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy czarnowłosego.
– Och, tak... – Mruknął pan Dursley, a serce w nim zamarło. – Tak, zgadzam się z tobą całkowicie.
- Pantoflarz! - zawołali rudowłosi bliźniacy.
Poszli na górę i więcej już o tym nie wspominał. Kiedy pani Dursley zamknęła się w łazience, pan Dursley podkradł się do okna sypialni i zerknął na ogród przed domem. Kot wciąż tam siedział. Wpatrywał się w Privet Drive, jakby na coś czekał.
- Czemu profesor McGonagall tak gnębi tych mugoli? - zapytał drugoroczny Puchon, a uczniowie przy stole Gryffindoru wybuchnęli śmiechem.
- Czemu profesor McGonagall tak gnębi tych mugoli? - zapytał drugoroczny Puchon, a uczniowie przy stole Gryffindoru wybuchnęli śmiechem.
Czyżby miał halucynacje? I czy może to mieć coś wspólnego z Potterami? Bo gdyby tak... gdyby się okazało, że są spokrewnieni z jakimiś... Nie, tego by chyba nie zniósł.
Położyli się do łóżka. Pani Dursley szybko zasnęła, ale pan Dursley leżał i rozmyślał o tym wszystkim. W końcu doszedł do wniosku, że nawet gdyby Potterowie mieli z tym coś wspólnego, nie było powodu, by niepokoili jego i panią Dursley. Dobrze wiedzieli, co on i Petunia myślą o nich i o ludziach ich pokroju...
- Bo zaraz posłuchasz, co ja myślę o ludziach WASZEGO pokroju! - zdenerwował się Lucjusz.
- Ale wiesz, że on cię nie słyszy - mruknął Ron.
- Żebyś się nie zdziwił jak go odwiedzę. - warknął Malfoy.
Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób on i Petunia mogliby zostać wplątani w coś, do czego może dojść... Poczuł ulgę, ziewnął i przewrócił się na bok. Nie, nas to nie może dotyczyć...
- Bo zaraz posłuchasz, co ja myślę o ludziach WASZEGO pokroju! - zdenerwował się Lucjusz.
- Ale wiesz, że on cię nie słyszy - mruknął Ron.
- Żebyś się nie zdziwił jak go odwiedzę. - warknął Malfoy.
Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób on i Petunia mogliby zostać wplątani w coś, do czego może dojść... Poczuł ulgę, ziewnął i przewrócił się na bok. Nie, nas to nie może dotyczyć...
– Musiałeś? – jęknął Ron. Może gdyby nie to, to Harry nie miał by takiego okropnego dzieciństwa.
Jak bardzo się mylił!
–O tym mówiłem! – wykrzyknął ponownie Ron.
Pan Dursley zapadł w niezbyt zresztą spokojny sen, ale kot na murku nie okazywał najmniejszych oznak senności. Siedział tam, nieruchomy jak posąg, z oczami utkwionymi w dalekim końcu Privet Drive. Nawet nie drgnął, kiedy w sąsiedniej uliczce trzasnęły drzwi samochodu, ani kiedy dwie sowy prze leciały mu nad głową. Nie poruszył się aż do północy.
- Czasem mam wrażenie, że McGonagall w ogóle nie śpi - wyszeptał George. - A w nocy zakłada ten swój fartuch dla niepoznaki.
- Czasem mam wrażenie, że McGonagall w ogóle nie śpi - wyszeptał George. - A w nocy zakłada ten swój fartuch dla niepoznaki.
Oczy chłopaka spotkały się z rozbawionym spojrzeniem kobiety.
Na rogu, który z taką uwagą obserwował kot, pojawił się jakiś człowiek. Pojawił się tak nagle i bezszelestnie, iż można było pomyśleć, że wyrósł spod ziemi. Ogon kota drgnął, a oczy mu się zwęziły.
- Ten ktoś powinien uciekać - powiedziała cicho Puchonka.
Jeszcze nigdy ktoś taki nie pojawił się na Privet Drive. Był to wysoki, chudy mężczyzna, bardzo stary, sądząc po brodzie i srebrnych włosach, które opadały mu aż do pasa. Miał na sobie sięgający ziemi purpurowy płaszcz i długie buty na wysokim obcasie. Zza połówek okularów błyskały jasne, niebieskie oczy, a bardzo długi i zakrzywiony nos sprawiał wrażenie, jakby był złamany w przy najmniej dwóch miejscach.
- Dumbledore - podniósł się zgodny chórek.
Nazywał się Albus Dumbledore.
- Dumbledore - podniósł się zgodny chórek.
Nazywał się Albus Dumbledore.
Uczniowie zaczęli wiwatować, a twarze uczniów domu węża wykrzywił grymas tak jak twarze Knota, Umbridge i Lucjusza Malfoy.
Albus Dumbledore zdawał się nie mieć zielonego pojęcia o tym, że właśnie przybył na ulicę, na której to wszystko – od jego nazwiska po dziwaczne buty – było bardzo źle widziane.
– Och, wiedziałem. – uśmiechnął się wspomniany człowiek.
Z zapałem grzebał w płaszczu, najwyraźniej czegoś szukając. Nie zdawał sobie też sprawy z tego, że od dłuższego czasu jest obserwowany, aż nagle podniósł głowę i zobaczył kota, który wciąż wpatrywał się w niego z drugiego końca uliczki. Zacmokał i mruknął:
– Mogłem się tego spodziewać.
– No raczej. Nikt nie zadziera z jej lwami! A nawet jeśli to nie wychodzi bez żadnej krzywdy. Nawet te jeszcze nie przydzielone – mruknął Snape, trąc ramię, a uśmiech McGonagall powiększył się.
Znalazł to, czego szukał, w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyglądało jak srebrna zapalniczka.
- To Drops pali? -pomyślał Ron.
Otworzył to, uniósł i pstryknął. Najbliższa latarnia zgasła z lekkim trzaskiem.
- To Drops pali? -pomyślał Ron.
Otworzył to, uniósł i pstryknął. Najbliższa latarnia zgasła z lekkim trzaskiem.
- A jednak nie - kolejna myśl Rona.
Pstryknął znowu – następna latarnia mrugnęła i zgasła.
– Co to jest ?- rozległo się w sali.
– To Deluminator. - odpowiedział im dyrektor.
– Gdzie to można kupić? – Pytali uczniowie z nadzieją w oczach.
– Istnieje tylko jedna sztuka tego urządzenia, gdyż sam go stworzyłem – uśmiechnął się widząc rozczarowanie uczniów.
Pstrykał wygaszaczem dwanaście razy, aż jedynymi światłami na ulicy pozostały dwa maleńkie punkciki – oczy obserwującego go kota. Gdyby ktoś wyjrzał teraz przez okno – nawet gdyby to była pani Dursley – nie byłby w stanie dostrzec, co się dzieje na ulicy. Dumbledore wsunął wygaszacz za pazuchę i ruszył w kierunku numeru czwartego, gdzie przysiadł na murku obok kota. Nie spojrzał na niego, ale po chwili przemówił:
– Co za spotkanie, profesor McGonagall!
Członkowie domu Lwa uśmiechnęli się porozumiewawczo.
Odwrócił głowę, by uśmiechnąć się do burego kota, ale ten gdzieś zniknął. Zamiast tego uśmiechał się do nieco srogo wyglądającej kobiety w prostokątnych okularach, których kształt był identyczny z ciemnymi obwódkami wokół oczu kota. Ona też miała na sobie długi płaszcz, tyle, że szmaragdowy. Czarne włosy upięła w ciasny, bułeczkowaty kok. Wyglądała na bardzo wzburzoną.
– Skąd pan wiedział, że to ja? – Zapytała.
– Ależ, droga pani profesor, nigdy nie widziałem kota, który by siedział tak sztywno.
Uczniowie parsknęli śmiechem.
Uczniowie parsknęli śmiechem.
– Sam by pan zesztywniał, gdyby panu przyszło siedzieć na murze przez cały dzień – odpowiedziała profesor McGonagall.
– Dziękuję, pani profesor – odezwał się cicho Harry.
– Ależ Potter, za co? – Zapytała opiekunka domu
– Za to, że... - chłopak urwał - Za sprawdzenie miejsca, w którym przyszło mi zamieszkać. – odpowiedział jeszcze ciszej chłopiec.
– Och, nie ma za co, Potter – odpowiedziała mu nauczycielka, była zaskoczona ale lekko się uśmiechała.
- Ona zrobiła więcej niż Drops. - powiedział Ron do Hermiony, a ci którzy to usłyszeli szeptali zdziwieni.
- Ona zrobiła więcej niż Drops. - powiedział Ron do Hermiony, a ci którzy to usłyszeli szeptali zdziwieni.
– Cały dzień? I w ogóle pani nie świętowała? Idąc tutaj, musiałem wpaść na chyba z tuzin biesiad i przyjęć. Profesor McGonagall prychnęła ze złością.
– Świętowaliście? – w głosie Chłopca, Który Przeżył słychać było niedowierzanie i jakby tłumioną złość?
– Oczywiście Potter. Przecież Sam – Wiesz – Kto odszedł – odpowiedział mu Minister takim tonem jakby to było oczywiste.
– Super, że odszedł. Świetnie. – warknął na niego chłopak – Bardzo się cieszę, że cały magiczny świat świętował morderstwo moich rodziców i atak na mnie. Jestem pewien, że mama i tata bardzo się cieszyli, że świętowaliście ich śmierć.
Nikt z wyjątkiem pozostałości z Huncwotów, wcześniej o tym nie pomyślał. Patrząc na to z tej strony to wychodziło, że wszyscy są zimni i nieczuli.
– Harry… – zaczął Dumbledore, ale Hermiona, Ron i Neville, Ginny, bliźniacy, a nawet Luna - obrzucili go lodowatym wzrokiem.
– Och, tak, wiem, wszyscy świętują. Można by pomyśleć, że powinni być trochę ostrożniejsi, ale nie... Nawet mugole zauważyli, że coś się święci. Mówili o tym w wieczornych wiadomościach. – Wskazała podbródkiem ciemne okna salonu państwa Dursleyów. – Sama słyszałam. Stada sów... spadające gwiazdy... Nie są aż takimi głupca mi. Muszą coś zauważyć. Spadające gwiazdy w Kencie! Mogę się założyć, że to sprawka Dedalusa Diggle. Nigdy nie odznaczał się rozsądkiem.
- Minerwo, ja tu jestem - zaprotestował Dedalus Diggle.
- Nic by się nie stało gdybyś był tamtego dnia rozsądniejszy - mruknęła kobieta.
– Trudno mieć do niego pretensję – stwierdził godnie Dumbledore. – W końcu przez całe jedenaście lat niewiele mieliśmy okazji do świętowania.
– Wiem – powiedziała ze złością profesor McGonagall. – To jednak nie powód, żeby całkowicie tracić głowę. Ludzie nie zachowują najmniejszej ostrożności, łażą po ulicach w biały dzień, nawet nie raczą się przebrać w stroje mugoli, wymieniają pogłoski.
- Tu masz rację, Minerwo. - powiedział Szalonooki, wykrzywiając usta w grymaśnie imitującym uśmiech.
Spojrzała na Dumbledore'a z ukosa, jakby oczekiwała, że coś na to powie, ale milczał, więc ciągnęła dalej:
– Tego tylko brakuje, żeby w tym samym dniu, w którym w końcu zniknął Sam –Wiesz –Kto, mugole dowiedzieli się o nas wszystkich. Dumbledore, mam nadzieję, że on naprawdę zniknął, co?
- I ona ma jeszcze jakieś wątpliwości - prychnął Knot, a McGonagall spojrzała na niego ostro.
- I ona ma jeszcze jakieś wątpliwości - prychnął Knot, a McGonagall spojrzała na niego ostro.
– Na to wszystko wskazuje – odpowiedział Dumbledore. – Mamy za co być wdzięczni. Może ma pani ochotę na cytrynowego dropsa?
Uczniowie popatrzyli na dyrektora dziwnie.
– Na co?
– Na cytrynowego dropsa. To takie cukierki mugoli, które bardzo lubię.
– Nie, dziękuję – odpowiedziała chłodno profesor McGonagall, jakby chciała podkreślić, że nie jest to odpowiedni moment na cytrynowe dropsy.
- No i ma rację - przytaknęła Hermiona.
– Jak mówię, nawet jeśli Sam –Wiesz –Kto rzeczywiście zniknął...
- No i ma rację - przytaknęła Hermiona.
– Jak mówię, nawet jeśli Sam –Wiesz –Kto rzeczywiście zniknął...
– Droga pani profesor, czy taka rozsądna osoba jak pani nie mogłaby dać sobie spokoju z tą dziecinadą? Przez jedenaście lat walczyłem z tym bzdurnym „Sam –Wiesz –Kto", próbując ludzi nakłonić, by używali jego właściwego nazwiska: Voldemort. – Profesor McGonagall wzdrygnęła się, ale Dumbledore, który akurat usiłował odkleić z rolki dwa dropsy, zdawał się tego nie zauważyć.
- Tak, bo to takie pasjonujące zajęcie - powiedziała zgryźliwie Lavender Brown.
– To wszystko staje się takie mętne, kiedy wciąż mówimy „Sam –Wiesz –Kto". Nigdy nie widziałem powodu, by bać się wypowiedzenia prawdziwego nazwiska Voldemorta.
– Wiem – powiedziała profesor McGonagall tonem, w którym irytacja mieszała się z podziwem. – Ale pan to co innego. Każdy wie, że jest pan jedyną osobą, której boi się Sam –Wie... no, niech już będzie... Voldemort.
Bliźniacy zaklaskali uśmiechając się z podziwem.
Bliźniacy zaklaskali uśmiechając się z podziwem.
– Pochlebia mi pani – rzekł spokojnie Dumbledore. – Voldemort ma do dyspozycji moce, jakich ja nigdy nie będę miał.
– Bo pan jest... no... zbyt szlachetny, by się nimi po sługiwać.
- Zbyt szlachetny... - ciche parsknięcie, rozległo się z ust Złotej Trójcy.
- Zbyt szlachetny... - ciche parsknięcie, rozległo się z ust Złotej Trójcy.
– Wielkie szczęście, że jest ciemno. Nie zarumieniłem się tak od czasu, kiedy pani Pomfrey powiedziała, że podobają się jej moje nauszniki.
Wszyscy zaczęli się śmiać.
Profesor McGonagall rzuciła na niego ostre spojrzenie i powiedziała:
– Sowy to nic w porównaniu z pogłoskami, jakie wszędzie krążą. Wie pan, o czym wszyscy mówią? O przyczynie jego nagłego zniknięcia? O tym, co go w końcu powstrzymało?
Wyglądało na to, że profesor McGonagall poruszyła wreszcie temat, o którym bardzo chciała podyskutować, a był to prawdziwy powód, dla którego czekała na niego na zimnym, twardym murze przez cały dzień. W każdym razie do tej chwili ani jako kot, ani jako kobieta nie utkwiła w Albusie Dumbledore tak świdrującego spojrzenia, jak teraz.
- A spojrzenie to ona ma straszne - powiedział Seamus, wzdrygając się na samo wspomnienie, a McGonagall wyprostowała się z dumą.
Było oczywiste, że cokolwiek mówili „wszyscy", nie zamierzała w to uwierzyć, póki Dumbledore nie powie jej, że to prawda.
- A spojrzenie to ona ma straszne - powiedział Seamus, wzdrygając się na samo wspomnienie, a McGonagall wyprostowała się z dumą.
Było oczywiste, że cokolwiek mówili „wszyscy", nie zamierzała w to uwierzyć, póki Dumbledore nie powie jej, że to prawda.
- Czemu jak coś się dzieje to każdy szuka potwierdzenia u niego? - mruknął pod nosem Snape.
Lecz Dumbledore odkleił sobie jeszcze jedne go dropsa i milczał.
– A mówią – naciskała profesor McGonagall – że zeszłej nocy Voldemort pojawił się w Dolinie Godrika. Chciał odnaleźć Potterów. Krążą pogłoski, że Lily i James Potter... że oni... nie żyją.
Młody Potter zacisnął zęby, zamykając oczy.
Dumbledore pokiwał głową. Profesor McGonagall westchnęła głęboko.
– Lily i James... Nie mogę w to uwierzyć... Nie chciałam w to uwierzyć... Och, Albusie...
– Dziękuję. – powiedział cicho Harry.
McGonagall popatrzyła smutno na chłopca.
- Zawsze myślałem, że jak zginie James, McGonagall będzie tańczyć ze szczęścia. - pomyślał Syriusz.
McGonagall popatrzyła smutno na chłopca.
- Zawsze myślałem, że jak zginie James, McGonagall będzie tańczyć ze szczęścia. - pomyślał Syriusz.
Dumbledore wyciągnął rękę i poklepał ją po ramieniu.
– Wiem... wiem... – pocieszał ją cicho.
– To nie wszystko – oznajmiła profesor McGonagall roztrzęsionym głosem. – Mówią, że próbował zabić syna Potterów, Harry'ego. Ale... nie mógł. Nie był w stanie uśmiercić małego chłopczyka! Nikt nie wie dlaczego ani jak, ale mówią, że od tego momentu potęga Voldemorta jakby się załamała... i właśnie dlatego gdzieś zniknął.
Dumbledore pokiwał ponuro głową.
– A więc to... to prawda? – wyjąkała profesor McGonagall. – Po tym wszystkim, co zrobił... Tylu ludzi pozabijał... i nie mógł zabić małego dziecka? To wprost zdumiewające... Tyle się robiło, żeby go powstrzymać, aż tu nagle... Ale... na miłość boską, jak temu Harry'emu udało się przeżyć?
– Pozostaje nam tylko zgadywać – powiedział Dumbledore. – Może nigdy się nie dowiemy.
– Nie wiesz? Akurat? Wiesz, ty zawsze musisz wiedzieć wszystko! – powiedział ironicznie Złoty Chłopiec, a wszyscy spojrzeli na niego zdziwieni.
Profesor McGonagall wyciągnęła koronkową chusteczkę i zaczęła sobie osuszać oczy pod okularami. Dumbledore wyjął z kieszeni złoty zegarek, przyjrzał mu się i mocno pociągnął nosem. Był to bardzo dziwny zegarek. Miał dwanaście wskazówek, a nie miał w ogóle cyfr; zamiast tego po obwodzie tarczy krążyły maleńkie planety.
- Zawsze się zastanawiałam jak on go odczytuje... - mruknęła Tonks.
Dumbledore musiał jednak coś z niego odczytać, bo włożył go z powrotem do kieszeni i rzekł:
- Zawsze się zastanawiałam jak on go odczytuje... - mruknęła Tonks.
Dumbledore musiał jednak coś z niego odczytać, bo włożył go z powrotem do kieszeni i rzekł:
– Hagrid się spóźnia. Nawiasem mówiąc, to chyba on ci powiedział, że tutaj będę, tak?
– Tak – przyznała profesor McGonagall. – A możesz mi powiedzieć, dlaczego znalazłeś się akurat tutaj?
– To proste. Chcę zainstalować Harry'ego u jego ciotki i wuja.
- Nie! - krzyknęli jednocześnie uczniowie.
- Nie! - krzyknęli jednocześnie uczniowie.
To jedyna rodzina, jaka mu pozostała. - dokończył głos dyrektora.
– Ależ, Dumbledore... przecież nie możesz mieć na myśli ludzi, którzy mieszkają tutaj! – zawołała profesor
McGonagall, zrywając się na równe nogi i wskazując na numer czwarty. – Dumbledore... przecież to niemożliwe. Obserwowałam ich przez cały dzień. Trudno o dwoje ludzi, którzy tak by się od nas różnili. I mają syna... sama widziałam, jak kopał matkę na ulicy, wrzeszcząc, żeby mu kupiła cukierki. I Harry Potter miałby tutaj za mieszkać?
– Tu mu będzie najlepiej – oświadczył stanowczo Dumbledore. – Jego ciotka i wuj będą mogli mu wszystko wytłumaczyć, kiedy trochę podrośnie. Napisałem do nich list.
– List? Czy ty oszalałeś? Myślisz, że to wszystko da się wyjaśnić w liście? – krzyknęła Hermiona na Dumbledore'a. - Harry, czemu nic nie mówiłeś o liście? On z nimi powinien porozmawiać osobiście, a nie zostawiać jakiś list! Tak nie można!
Uczniowie zgadzali się z jej słowami.
Uczniowie zgadzali się z jej słowami.
– List? – powtórzyła profesor McGonagall, siadając z powrotem na murku. – Dumbledore, czy naprawdę sądzisz, że zdołasz im wszystko wyjaśnić w liście? Przecież ci mugole nigdy go nie zrozumieją! Będzie sławny... stanie się legendą... wcale bym się nie zdziwiła, gdyby odtąd ten dzień nazywano Dniem Harry'ego Pottera... będą o nim pisać książki... każde dziecko będzie znało jego imię!
- Nie ma takiego dnia, prawda? - zapytał Harry nadal mając zamknięte oczy.
Ron uśmiechnął się do niego i potrząsnął głową.
– Nie, ale tata kiedyś nam mówił, że był taki pomysł.
Na te słowa Harry otworzył oczy i uśmiechnął się z ulgą.
– Święta racja – powiedział Dumbledore, spoglądając na nią z powagą ponad połówkami swoich szkieł. – Dość, by zawróciło w głowie każdemu chłopcu. Słynny, zanim nauczy się chodzić i mówić! Słynny z czegoś, czego nawet nie pamięta!
-Akurat. - Te ciche słowa, słyszeli wszyscy w Wielkiej Sali. Czyżby Potter pamiętał, coś z tamtej nocy? Dumbledore się pomylił?
-Nie rozumiesz, że będzie lepiej, jak najpierw trochę podrośnie, a dopiero później dowie się o tym wszystkim?
Profesor McGonagall otworzyła usta, ale zmieniła zamiar,
- NIE! Dlaczego pani się rozmyśliła? - wykrzyknął Neville, co wywołało sprzeczne uczucia u owej kobiety.
przełknęła ślinę i powiedziała:
– Tak... tak, masz rację, oczywiście. Ale jak on tutaj trafi?
Zerknęła na jego płaszcz, jakby pomyślała, że może pod nim ukrywać Harry'ego.
– Hagrid go przyniesie.
– I myślisz, że to... mądre... powierzać Hagridowi tak ważną misję?
– Powierzyłbym mu swoje życie – odparł Dumbledore.
- Brudny półczłowiek- mruknęła pod nosem Umbridge.
Hagrid popatrzył na nią niezbyt miło.
Hagrid popatrzył na nią niezbyt miło.
– Nie twierdzę, że ma serce po złej stronie – powie działa z niechęcią profesor McGonagall – ale nie można przymykać oczu na to, że jest trochę... no... beztroski.
- Pani profesor chyba nie ma zamiaru wymieniać wad Hargida? - zapytała Ginny, a zapytana zarumieniła się lekko.
Nie ma skłonności do... Co to było?
- Co to? - zawołali bliźniacy.
Ciszę wokół nich przerwał jakiś warkot. Spojrzeli na ulicę, wypatrując odblasku reflektorów, a warkot narastał i narastał, aż zamienił się w ryk, kiedy oboje spojrzeli w nie bo, bo właśnie stamtąd nadleciał wielki motocykl, który wylądował tuż przed nimi.
Pies przy stole Lwów zawył, a w jego głosie było słychać tęsknotę.
Pies przy stole Lwów zawył, a w jego głosie było słychać tęsknotę.
Motocykl miał naprawdę imponujące rozmiary, ale na człowieku, który go dosiadał, nie mogło to robić żadnego wrażenia. Wzrostem dwukrotnie przewyższał normalnego człowieka, a szerszy był przynajmniej pięciokrotnie. Trudno było uwierzyć w jego wymiary, a był przy tym niesamowicie dziki – długie, zmierzwione czarne włosy i broda prawie całkowicie przykrywały mu twarz, dłonie miał wielkości pokryw od pojemników na śmieci, a stopy w wysokich, skórzanych butach przypominały małe delfiny.
- Tadam... Oto Hagrid - zaawansował George, a półolbrzym uśmiechnął się do niego.
W przepastnych, muskularnych ramionach trzymał małe zawiniątko.
– Co to? Co to? – Podskakiwał Fred na ławce. Charlie palnął go w głowę.
– To Harry, ciołku.
– Hagrid! – powitał go z ulgą Dumbledore. – Na reszcie. Skąd wytrzasnąłeś ten motocykl?
– Pożyczyłem go, panie psorze – odpowiedział olbrzym, złażąc ostrożnie z motocykla. – Od młodego Syriusza Blacka. Mam go, panie psorze.
– Zadawanie się z przestępcą! – wykrzyknął Minister!
– Naprawdę Korneliuszu, pan Black nie był jeszcze poszukiwany. – mruknął łagodnie Harry, co po jego wcześniejszym wyczynie wydało się być mocno podejrzane.
– Nie było żadnych trudności?
– Nie, panie psorze... Dom był całkiem rozwalony, ale go wyciągiem, zanim zaroiło się od mugoli. Zasnął, bidula, jak przelatywaliśmy nad Bristolem.
Dumbledore i profesor McGonagall pochylili się nad zawiniątkiem. Wyłaniała się z niego buzia uśpionego niemowlęcia. Na jego czole, pod kępką kruczoczarnych włosów, zobaczyli dziwną bliznę, przypominającą błyskawicę.
– Awww… – zagruchały dziewczęta, choć były też i męskie głosy, jednak żaden uczeń się do tego nie przyznawał.
– To właśnie tu?... – wyszeptała profesor McGonagall.
– Tak – odrzekł Dumbledore. – Zostanie mu na zawsze.
– Nie możesz czegoś z tym zrobić?
– Nawet gdybym mógł, to bym nie zrobił. Blizny mogą się przydać.
- I to jeszcze jak - powiedział mściwie Harry, gromiąc wzrokiem dyrektora - co znowu zaskoczyło obecnych. Chłopak szybko zmieniał nastroje.
Sam mam jedną nad lewym kolanem, jest doskonałym planem londyńskiego metra.
- Serio? - zapytał zdziwiony Seamus, a Dumbledore uśmiechnął się dobrodusznie.
No dobrze... daj mi go, Hagrid... miejmy to już za sobą.
Dumbledore wziął Harry'ego w ramiona i zwrócił się w stronę domu Dursleyów.
– Może... mógłbym się z nim pożegnać, panie psorze? – zapytał Hagrid.
Pochylił swoją wielką, kudłatą głowę nad Harrym i obdarzył go czymś, co musiało być bardzo drapiącym, włochatym pocałunkiem. A potem nagle zawył jak zraniony pies.
– Ciiicho! – syknęła profesor McGonagall. – Obudzisz mugoli!
– Naprawdę, jeśli hałas latającego motocykla nie obudził mugoli to Hagrid tego by nie zrobił – rzekł oschle Snape. McGonagall zarumieniła się lekko.
– Prz –e –e –p –ra –a –a –szam – załkał Hagrid, wydobywając z kieszeni wielką chustkę w kropki i chowając w nią twarz. – Ale n –n –ie mogę w –w –wytrzymać... Lily i Ja mes nie żyją... a bidny mały Ha –a –rry ma tu mieszkać z mugolami...
– Tak, tak, to bardzo przygnębiające, ale weź się w garść, Hagrid, bo nas wszystkich złapią – wyszeptała profesor McGonagall, klepiąc go energicznie po ramieniu, a tymczasem Dumbledore przełazi przez niski murek i podszedł do frontowych drzwi. Położył Harry'ego ostrożnie na schodkach, wyjął z płaszcza list, wsunął go między koce, po czym wrócił. Wszyscy troje stali przez równą minutę, patrząc na zawiniątko; ramiona Hagrida dygotały, profesor McGonagall mrugała zawzięcie, a ogniki, które zwykle jarzyły się w oczach Dumbledore'a, przygasły.
– No cóż – powiedział w końcu Dumbledore – to by było na tyle. Nie ma co tutaj sterczeć. Trzeba gdzieś iść i przyłączyć się do świętowania.
– Taaa – odezwał się Hagrid stłumionym głosem. – Chiba wezmę i oddam motor Syriuszowi.
- I tak ci się to nie uda Hagridzie - mruknął Ron.
Dobranoc, pani psor... dobranoc, panie psorze. - dokończył głos Hagrida.
Otarłszy oczy rękawem kurtki, Hagrid wskoczył na motocykl i kopnął w pedał zapłonu. Silnik zaryczał i po chwili wehikuł wzniósł się w powietrze i zniknął w ciemnościach nocy.
– Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy, profesor McGonagall – powiedział Dumbledore, chyląc przed nią głowę.
Profesor McGonagall wydmuchała hałaśliwie nos.
Dumbledore odwrócił się i pomaszerował ulicą. Na rogu przystanął i wyjął wygaszacz. Tym razem pstryknął nim tylko raz i natychmiast dwanaście świetlistych rac pomknęło ku swoim latarniom, tak że na Privet Drive zrobiło się nagle pomarańczowo. W tym samym momencie zobaczył burego kota, znikającego właśnie za rogiem na drugim końcu uliczki. Dostrzegł też tobołek na schodkach przed drzwiami numeru czwartego.
– Powodzenia, Harry – mruknął pod nosem, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł, szumiąc połami płaszcza.
- I nie zapukał do drzwi? - spytała Ginny.
- Zostawił go samego na resztę nocy... - westchnęła Padma, równie zdumiona.
- I nie zapukał do drzwi? - spytała Ginny.
- Zostawił go samego na resztę nocy... - westchnęła Padma, równie zdumiona.
Lekki wiaterek zatrzepotał listkami równo przyciętego żywopłotu przy Privet Drive. Uśpiona, schludna uliczka nie kojarzyła się ani na trochę z miejscem, w którym mogłyby się dziać tak zdumiewające rzeczy. Harry Potter przewrócił się na bok wewnątrz tobołka, ale nawet nie otworzył oczu. Mała rączka zacisnęła się na liście i spał dalej, nie wiedząc, że jest kimś niezwykłym, nie wiedząc, że jest sławny, nie wiedząc, że za kilka godzin zostanie obudzony wrzaskiem pani Dursley, otwierającej drzwi, by zabrać butelki z mlekiem, ani tego, że przez następne kilka tygodni będzie szturchany i szczypany przez swojego kuzyna Dudleya...
- Bachor, dostanie za swoje - burknęli bliźniacy.
Nie mógł wiedzieć, że w tym samym momencie różni ludzie, spotykający się potajemnie w różnych miejscach kraju, wznosili szklanki i mówili przytłumionym głosem:
- Bachor, dostanie za swoje - burknęli bliźniacy.
Nie mógł wiedzieć, że w tym samym momencie różni ludzie, spotykający się potajemnie w różnych miejscach kraju, wznosili szklanki i mówili przytłumionym głosem:
– Za Harry'ego Pottera... za chłopca, który przeżył!
– Zostawiliście go na progu w listopadową noc… – zaczęła zabójczym tonem pani Pomfrey
– ALBUSIE DUMBLEDORE! CZY TY OSZALAŁEŚ? SPODZIEWAŁAM SIĘ CZEGOŚ LEPSZEGO PO TOBIE! – Zaczęła krzyczeć pani Weasley i nie była jedyna. Wszystkie obecne matki miały takie same zdanie o ikonie Jasnej Strony. Dyrektor skulił się na swoim fotelu, pragnąc być niewidocznym. Kobiety kontynuowały swój wykład. Większość starała się zobaczyć czy jest porządku z zielonookim, jednak nic nie widzieli, bo chłopak przyjął przygarbioną postawę.
A po kliku chwilach pojawił się kolejny napis:
A po kliku chwilach pojawił się kolejny napis:
Znikająca szyba.
I jak?
Pozdrowienia:
- Amei ;)
Pozdrowienia:
- Amei ;)
Ja chce jeszcze!
OdpowiedzUsuńPrzeczytane jednym tchem i ten okropny niedosyt...
Pisz prosze szybciej. Choć wiem, że to może być trudne w nawale innych zajęć... Pisz.
Huh.. coś mnie ucieło.
UsuńŚwietnie piszesz akcje. Nie lecisz na łeb na szyja, co widać w każdym z twoich opowiadań. Ciekawy pomysł na forme tego rozdziału.
Będę z przyjemnością wyczekiwać kolejnego rozdziału
Świetny pomysł z Odwróceniem Myśli Losu, bardzo mi się spodobał! I nie mogę się już doczekać reakcji na dalsze życie Harry'ego. To dosyć... brutalna i obdzierająca z prywatności metoda, której nie powinno się używać, ponieważ każdy na nią (znaczy, tą prywatność >< wybacz, jestem tak padnięta, że cała spójność i logika zaginęły gdzieś w otchłaniach umysłu) zasługuje. Z drugiej strony, to chyba jedyny sposób, aby ludzie przekonali się, jaki z niego "rozpieszczony Wybraniec" >.<
OdpowiedzUsuńAż mną nosi z ciekawości, więc proszę, nie dręcz nas zbyt długo i szybko naskrob następny rozdział <3 Przepraszam, jeśli odebrałaś to jako nachalne pospieszanie. Dobrze wiem, że można albo nie mieć czasu, albo weny, albo w ogóle chęci czy pomysłu, także mimo wcześniejszych słów pisz spokojnie i tak, abyś ty była usatysfakcjonowana tym, co wyjdzie spod twojego pióra :*
Przy okazji, dodam coś do Odrzuconego przez rodzinę, ponieważ nie miałam jeszcze możliwości skomentowania, a mam ogromną ochotę cię pochwalić :D Uwielbiam opowiadania, w których Harry ma brata, a zwłaszcza bliźniaka <3 Lily i James doprowadzają mnie do furii, ale za to Syriusz i Remus wszystko nadrabiają ^^ Och, i nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Harry zaprzyjaźnił się z Neville'm *-* To jedna z moich ulubionych postaci, z którą nawet trochę się utożsamiam, więc mam do niej sentyment ^^" Jednocześnie mam nadzieję, że Harry i Alex (swoją drogą, uwielbiam te imię :D ) zacieśnią bardziej swoje więzi, bo na razie ich stosunki są dosyć... chłodne, przez co moje serce krwawi ;-; Bądź co bądź Harry ma tylko jego, więc nie powinien raczej móc długo się na niego gniewać. No i ta opiekuńczość Alexa <3 Urocza *^* Ale to już swoją drogą :D
Czekam z niecierpliwością na nowy rozdział W przyszłości i przeszłości jak i Odrzuconego przez rodzinę :3
Pozdrawiam i życzę dużo, dużo weny oraz niekończących się napływów pomysłów :*
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńAła... ałałała ><
UsuńTwoje opowiadania nie są złe, serio. Trochę przepisywania z książki w pierwszym rozdziale, ale mnóstwo osób tak robi, a u Ciebie fajnie to wygląda :)
Błędy >< dlatego na początku "ałuję". Składnia i ortografia nie są na najwyższym poziomie, a większość czytelników tego właśnie oczekuje. Mam manię poprawiania (humany...), ale nie chcę wytykać wszystkich błędów w komentarzu.
Dobra, trochę o opowiadaniu...
To drugie opko :D trochę mnie rozłożyło, bo te wszystkie komentarze, rzucane przez ludzi, a Harry wygląda na wkurzonego xD w sumie sama bym była wkurzona, bo to jest wpierniczanie się w czyjeś życie. Żeby oni chociaż na osobności to oglądali. Ale nieeeeeeee. Cała szkoła musi wiedzieć. Zgadzam się z Taliją ><
Odrzucony... dobra wersja HP :3 czytałam kiedyś taką ze Zmierzchem, nie znoszę Zmierzchu, ale to było jedyne takie ;-; i tu nagle hop! Niezły pomysł z tym Dzieckiem Hogwartu. Ten moment, kiedy Tiara krzyknęła "Nareszcie!" :D aż podskoczyłam :D
Alex jest słodki, pokochałam tego brzdąca :3
I nagle zabrakło weny na komentarze...
Jeśli szukasz bety, zapraszam :) w spamie podałam info o swoim blogu ^^ także uściski, mnóstwo weny i cukierki na osłodę ^^
(Poprzedni komentarz jakoś się poprzestawiał... ><)